Słowniczek Sprzedawcy – Analfabeton.

Według całkiem niemałej ilości onlinowych rankingów trudności, język polski jest zazwyczaj plasowany w pierwszej piątce, zaraz za chińskim, koreańskim, węgierskim, estońskim. Język angielski, jakże popularny i włażący rękami i nogami na nasze lingwistyczne podwórko, z kolei jest uważany za jeden z najłatwiejszych. Jak to jest, że mimo wszechobecności tegoż, nadal tak niefortunnie jest przekręcany?

Nie powiem, że jestem przesadnym purystą językowym. Nie jestem i nie będę, bo wychodzę z założenia, że można zacząć narzekać jedynie w przypadku, kiedy nie ma szans na dogadanie się jakichkolwiek, oraz w momencie, kiedy żadna forma komunikacji nie dociera. Tak samo jest w przypadku tego typu klienta.

Żeby daleko nie szukać – branża komputerowa, gaming, serwisy okołogrowe. No nie da się uniknąć języka angielskiego całkowicie. Żeby człowiek się nie wiadomo jak unosił, bronił patriotycznie czystości języka i flagi brytyjskie i amerykańskie palił przed domem, to nie ucieknie. Skoro zatem jesteśmy już do tego stopnia zhamburgeryzowani, to dlaczego, ależ dlaczego taka rzesza ludzi z uporem godnym zwolenników teorii płaskiej ziemi, broni się przed oświeceniem? Przykład? A proszę. Uprzedzam jednakowoż, że ten akurat przypadek jest ciutes ekstremalny.

Mam klienta, który śmie nazywać siebie graczem. Nie ma pojęcia jaki ma sprzęt w kompie, nie wie jakie wymagania mają gry, generalnie nic nie wie. No i przychodzi oto taki ludź i chce, żeby mu (UWAGA PISOWNIA PO NASZEMU) “Oringa odblokować, bo hasło zapodział i mu Kryzis nie działa.”
O robaczku… O ile Crysisa oko przymknę, bo Kryzys nawet po staroegipsku brzmi tak samo, (tak, młodszy brat Ramzesa, jak nieodżałowany kabaret Tey nas oświecał wieki temu), tak tego Oringa przeżyć nie umiem. Purystą językowym jakoś specjalnie nie jestem, więc powinno mi to kalafiorem zwisać, ale kiedy w rozmowie kilkakrotnie, słyszę nieprawidłową nazwę, POMIMO faktu, że przewijała się również z mojej strony, tym razem w formie poprawnej – Oridżin, to krew potrafi zalać. Klient czasem występuje w wresji dyslektycznej, zdarza się i szczerze współczuję, ale taki beton jak ten, to zwyczajnie kpina.

Dlaczego to irytuje? Dlatego, że, proszę szanownych klientów, nieprawidłowe wypowiedzenie nazwy produktu, może poskutkować otrzymaniem nieprawidłowego produktu. Akurat tak w biegu ciężko mi podać konkretne przykłady, bo starym i “podeszły w leciech”, ale zdarzało się nie raz, że zamiast Minecrafta klienci chcieli Mein Kampf. No niby to samo, ale nie to samo. Rozwaliła mnie też fantazja odnośnie poprawnej wymowy nazwy Huawei. Od szalenie wulgarnych, po – uwaga – Kuwejt… Ręce opadają.

Dodatkowo, szalenie mnie osobiście przynajmniej, drażni, z jak kosmiczną odpornością ludziom wchodzą do głów nowe informacje. Ja rozumiem, naprawdę, że nie masz człowieku wykształcenia w zakresie języków, ja też nie mam, spokojnie, ale kiedy jesteś poprawiany kilkanaście razy w ciągu kilku minut i nadal nie dociera do ciebie, że jesteś poprawiany, to albo jesteś niespełna rozumu, albo zwyczajnie nie słuchasz. Szkoda, bo przydałoby się uniknąć obu. Jak klepek brakuje, to szkoda, naprawdę. Jak nie słuchasz, to jesteś niestety, szanowny kliencie członem. Niestety.

Tyle na dziś. Następny w kolejce – Prawnik.