Niespodziewanie – Klient “Kolega Informatyk”

Stało się niemożliwe! Odwiedził nas opisywany wcześniej tutaj Kolega Informatyk! Całe szczęście nie mnie było dane z nim rozmawiać, ale kolega ze zmiany, który musiał… No cóż.

Jeśli o kolegę ze zmiany chodzi, to na język można człowiekowi nadepnąć i się nie zdenerwuje. Nie to co ja, targany namiętnościami i uczuciami jak brzoza na wietrze, unoszę się gniewem niezwykle łatwo. Kolega ze zmiany – zupełnie inna historia. Cierpliwości ma tyle co sam Kasprowy, niewzruszony znosi wszelkie idiosynkrazje klientów. Jak ten mnich buddyjski. Wczoraj niestety nawet jemu emocje wylazły na powierzchnię. Wszystko przez kolegę informatyka.

Dlaczego nie ja rozmawiałem z tą zakałą ludzkości? Dlaczego kolega ze zmiany musiał pracować z tą niezmywalną plamą na honorze ludzkości? Z prozaicznego powodu, że byłem zajęty innym klientem. Nieważne. Istotne jest to, że najpierw kolega ze zmiany zbladł, potem poczerwieniał, a jak już sytuacja była ku temu odpowiednia (czyt. pusty sklep i nikogo w zasięgu wzroku/słuchu) radośnie dał upust złości klnąc na czym świat stoi, jednocześnie nie podnosząc głosu. Co doprowadziło do takiego stanu?

Otóż “Kolega informatyk” przyszedł z ofiarami. Dwoje jemu znajomych ludzi poszukiwało komputera. Kolega ze zmiany podszedł do Państwa, by ich prawidłowo i zgodnie z regulacjami wewnątrzfirmowymi obsłużyć. Ponurą bestię przywitał grzecznie, ale po natychmiastowym zidentyfikowaniu go jako osoby, która nie bierze udziału w procesie decyzyjnym, rozpoczął grzeczną rozmowę z klientami. No i się zaczęło. Bo, widzisz, pierwsze, co muszę zrobić jako sprzedawca, to tak naprawdę dowiedzieć się czego klient tak naprawdę chce. Albo wydaje mu się, że chce. Kiedy kolega ze zmiany spytał Państwa do czego komputer będzie służył, co samo w sobie pomaga zidentyfikować maszynę dla nich, wtrącił się ten pryszcz intelektualny i zaczął odpowiadać za nich. Potem zaczął zadawać pytania, na które sam sobie odpowiadał, niepoprawnie zresztą. Poważnie. Na koniec, kiedy już dopuścił kolegę ze zmiany do słowa, kiedy kolega ze zmiany powiedział klientom to, za co mu płacą i z czego bardzo intensywnie szkolą, to ten patentowany bęcwał – powtórzył dokładnie to samo, przpisując sobie całą wiedzę na temat sprzętu, o którym tak naprawdę nie miał pojęcia.

Oczywiście na koniec rozmowy pewnie zaczął się bezczelnie targować, bo raczył swoim majestatem zaszczycić nasz sklep. To akurat spekulacja, bo końca rozmowy nie słyszałem, zajęty swoimi obowiązkami.

Jakie wnioski z tego zdarzenia?
  • Drogi kliencie. Ja rozumiem, że sprzedawcy nie ufasz, że potrzebujesz swojego Kolegi Informatyka, by zweryfikował, czy sprzedawca nie nawija ci makaronu na uszy i nie kłamie tylko po to, by sprzedać. Naprawdę rozumiem, ALE…
  • … jak już masz przyprowadzić niedouczonego, zarozumiałego i całkowicie nieobeznanego w temacie chama, który zasiedział się przy komputerach tak bardzo, że nie wie jakie są zasady prawidłowej dyskusji, to weź okiełznaj jego zapędy.
  • Płacą nam za to, żebyś był zadowolony i gimnastykujemy się, żeby ten cel osiągnąć. Poświęciłeś czas na to, by sklep odwiedzić, to proszę wysupłaj jeszcze trochę cierpliwości, by sprzedawca odpowiedział na pytania jakie możesz mieć.
  • Szanowny smrodzie technologiczny. Zamknij się, kiedy nie jesteś stroną w rozmowie. Taka mała sugestia. Jeśli Twoja, kołku, wiedza kończy się na wczesnych latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, to bardzo proszę, zamknij koślawą gębę i daj człowiekowi pracować. Dokładasz starań do skompromitowania się jeszcze bardziej?
  • Na koniec. Kliencie. Kochany. Jak masz przyprowadzić swojego doradcę do sklepu, to upewnij się, że po pierwsze na czymś się zna, a po drugie, niech ma chociaż trochę trzycyfrowe IQ, bo ten ostatni, to raczej się nie łapał.

Skąd tyle jadu? Właśnie przez takie pomyłki genetyczne jak ten konkretny kolega informatyk nasza praca (mówię o sprzedawcach) jest bardzo utrudniona, a czasami rady jakie daje klientom są tak bardzo z dupy, że bardziej się nie da. Jak w przypadku problemów medycznych należy zasięgnąć drugiej opinii, rozumiem, bo handluję dość drogim sprzętem, ale jak już zasięgasz opinii, to nie prowadzisz ze sobą lekarza, prawda?