Przezorny ZANIM ubezpieczony. Polisa do sprzętu.

Za każdym razem, kiedy ktoś u mnie kupuje sprzęt elektroniczny spełniający określone warunki, proponuję klientom dokupienie gwarancji “ups”. A poważnie, to chodzi o polisę ubezpieczeniową do sprzętu. Przydatne toto, chociaż nie ukrywam, że wcale tanie nie jest.

Tekst nie jest sponsorowany przez nikogo, spokojnie, to nie reklama. Chcę nieco przybliżyć jak to działa i na  co należy uważać przy zakupie.

Pierwsze, o czym należy pamiętać, to fakt, że sprzęt, jak wszystko, ma prawo wysiąść. Czy jest to wada fabryczna, czy zużycie, czy zdechnie chociaż jeden z wielu niezwykle istotnych elementów całego zestawu – nieważne. Wysiadło i tyle. Co pierwsze przychodzi do głowy?

gwarancja

Problem niestety polega na tym, że gwarancja nie obejmuje wszystkiego. Producenta sprzętu, bo to on jest gwarantem, całkowicie nie interesuje, że nasza pociecha na ten przykład, rozlała na laptopa herbatę przypadkiem. Stało się, więc niestety, ale ma prawo się na nas gwarant wypiąć, jak miłościwie nam panujący na standardy demokratyczne. Nie interesuje gwaranta również fakt, że do końca gwarancji zostało niewiele, a tu samoczynnie strzeliła matryca w telefonie. Ogólnie, w chwili, kiedy nie mamy wykupionego ubezpieczenia, to jesteśmy stratni, bo nie da się zrobić nic.

Rękojmia

Co bardziej krewkich czytelników też uprzedzam, że uszkodzenia mechaniczne nie pomogą nam załatwić sprawy z tytułu rękojmi, bo sprzedawca, to nie księżniczka, która nie zna się na niczym i wie, kiedy można spodziewać się odrzucenia takiej reklamacji, nawet jeśli to nie on jest osobą decyzyjną w sprawie. W większości przypadków nie jest. Nie o tym mowa dzisiaj, więc proszę o spokój!

Ubezpieczenie

Załóżmy, że klient zdaje sobie sprawę z tego, że pociecha jest jak rtęć, której w dłoni nie utrzymasz i nie ma możliwości upilnowania jej, by tej nieszczęsnej herbaty w komputer nie nalała i takie ubezpieczenie chce. Powtarzałem setki razy, powtórzę znowu – nikomu do portfela zaglądać nie zamierzam, ale zazwyczaj laptop, czy nowy smartfon potrafią dość mocno nadszarpnąć domowy budżet. Zdaję sobie sprawę z tego, że proponowanie przykładowej pani Zofii dość kosztownego ubezpieczenia w momencie, kiedy zbierała na komputer dobre dwa lata, to taki trochę “członowaty” ruch, ale jak rozważymy wszystkie okoliczności, to może się okazać, że nie taki sprzedawca niedouczony, jak go oczerniają. Czasem warto zrobić małe badania w kierunku tak poważnych zakupów, więc proszę nosem nie kręcić, tylko zdać sobie sprawę z tego, że wymiana takiej na przykład matrycy w laptopie, to koszt czasem przekraczający połowę wartości sprzętu. Albo przykład sprzed kilku dni. Urwane gniazdo USB. Zdarza się. Serwis producenta wycenił naprawę na, uwaga, dwa i pół tysiąca złotych. Poważnie. Serce mi chciało pęknąć kiedy informowałem o tym fakcie właścicielkę sprzętu, ale cóż poradzę? Całe szczęście Pani była wyrozumiała, pozdrawiamy Panią, ale nie o tym mowa. Czasem klient nie zdaje sobie sprawy jak kolosalne koszta niesie ze sobą naprawa pozagwarancyjna, a w przypadku uszkodzeń mechanicznych inna nie wchodzi w grę. Stąd propozycja sprzedawcy, żeby sobie coś takiego sprawić. Dlaczego proponuje? Z kilku powodów:

  1. Bo ma z tego prowizję. To jasne jak słońce. Im więcej takich sprzeda, tym lepiej dla niego i jego rodziny, która wbrew obiegowej opinii jeść musi. Ale jak to!? – zawrzaśnie jeden z drugim. Poważnie? To wymaga wyjaśnień? Za to człowiekowi płacą, więc się ze swoich obowiązków wywiązuje.
  2. Bo wie, że nie wszystko gwarancja obejmie. W przeciwieństwie do klienta w wielu przypadkach. Ostatnio miałem klienta, który domagał się wymiany dysku twardego, bo mu laptop upadł. Nie docierało do niego, że mowy nie ma. No cóż. Zadaniem numer jeden sprzedawcy jest zadowolenie zwierzchników przez wywalczenie utargu. Zadaniem drugim jest zadowolenie klienta. Bo za to mu płacą, więc się ze swoich obowiązków wywiązuje, choć czasem to walka z wiatrakami.
  3. Bo rozumie, że przypadki chodzą po ludziach. Każdemu może się zdarzyć. Nie ma co się oszukiwać, czasem nawet Dalajlama ma ochotę poświntuszyć, więc proszę mi nie mówić, że tobie się nie zdarzyło i nigdy nie zdarzy upuścić telefonu. Pewne to jest tylko to, co komisje sejmowe ustalają, więc zrozum, że sprzedawca rozumie. Poza tym, za to mu płacą…
  4. Bo nie chce mieć problemu.  Tak. Problemu. Z jegomościami jak jeden z zajadle komentujących niniejszego bloga. Okazuje się, że klient czasem nie doczyta co mu wolno. I co wtedy? Sprzedawca winny, bo mu nie wyjaśnił? A co? Sprzedawca prorok i ma wiedzieć, że klient ma braki w konkretnych dziedzinach? Rozwalonego laptopa, tak jak rozwalony samochód, można naprawić na koszt ubezpieczyciela, więc zejdź człowieku z pleców sprzedawcy, który chce ci pomóc. No i nie płacą mu aż tyle, żeby sie dobrowolnie z co bardziej wojowniczymi pacjentami użerał.
  5. Bo jest członem. Tak, tacy sie też zdarzają. Opchnąć polisę i z bani. Niech się pacjent martwi, bo to już nie jego sprawa. Żal, że tacy też się trafiają, ale nic na to nie poradzę i jedyne co mi pozostaje, to świecić przykładem.
  6. Bo musi, z racji terminów.  Polisę do sprzętu można dokupić tylko i wyłącznie razem z urządzeniem. Tego mam nadzieję też nie trzeba tłumaczyć.

Powody można mnożyć. Fakt, który powinien być z powyższego wyjęty jest jeden. Nie jest to obowiązkowe. Może przynieść korzyść zarówno klientowi jak i sprzedawcy, ale nikt przecież dzieci w ramach zakładników nie trzyma, żeby się Pani Zofia z pieniędzy wypruła. Posłuchaj sprzedawcy, bo mu kazali, a ty możesz z tego coś dla siebie wyciągnąć.

Zakładając, że dałeś sie przekonać do zakupu ubezpieczenia pamiętaj o tym, że czasem punkt 5 jest prawdziwy. Nie każdy sprzedawca chce pomóc. Niektórym nie zależy na tym, żebyś był zadowolony, więc będą walczyć o swoje. Nie daj się nabrać. Nie daj sobie wcisnąć byle bubla, bo ubezpieczenie nierówne drugiemu.

na co uważać?

Na kilka rzeczy. Ubezpieczeń jest mniej więcej tyle co sklepów i towarzystw ubezpieczeniowych. To jasne. Każde jest inne, a jeśli do tego weźmiemy sprzedawcę, który niekoniecznie ma Twój interes na sercu, to zakup takowej zaczyna przypominać wycieczkę szkolną na polu minowym. Warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

  1. Kto może zepsuć sprzęt? Może się okazać, że polisa jest tak skonstruowana, że nasz przykładowy komputer może rozwalić jedynie wujek Stiopa z Władywostoku, który po niefortunnym wypadku ze szklanką herbaty, będzie musiał się z zaistniałego zdarzenia wyspowiadać, spisać zeznania, krew oddać i pozostawać do dyspozycji ubezpieczyciela. Niekoniecznie trafi nam się polisa, pozwalająca na to, by nasze dziecko mogło narobić cudów z urządzeniem, stąd zalecam ostrożność.
    Ogólnie wygląda to tak, że część polis jest zbudowana, by chornić nas na dwa sposoby. Albo uszkodzenie jest z naszej winy (i najbliższej rodziny), albo z winy osób trzecich, czyli takiego wujka na przykład. Dobrze wiedzieć jaką polisę podpisujemy, żeby sie potem nie okazało, że nie możemy skorzystać ze świadczenia, ze względu na to, że polisa mówi o uszkodzeniach wujka, a zgłosiliśmy, że to nie wujek, tylko my. Patrz co podpisujesz!
  2. Ile to będzie kosztowało? Zdarzają się polisy, które wymagają od nas comiesięcznego abonamentu. Może się na koniec okazać, że łaczą w sobie niekoniecznie opłacalne finansowo zapisy, zapisami odnośnie poczynań herbacianych wujka Stiopy. Na co zwrócić uwagę? Czy nam się to zwyczajnie opłaci. Co będzie jak trzeba co miesiąc bulić wcale niemałe pieniadze tylko po to, by nam ubezpieczyciel odebrał prawo do naprawy na jego koszt ze względu na jakiś kruczek prawny?
    Dla przykładu. Weźmy dwuletnią polisę ubezpieczeniową. Wiemy, z powyższego punktu co podpisujemy, więc teraz trzeba się zająć tym, ile mamy za to dać. Są na rynku ubezpieczenia, które wymagają od nas płacenia comiesięcznego abonamentu, w kwocie, niech jej będzie 20zł. 24miesiące*20zł=480zł Sporo, ale kto wie, może warto? Są też ubezpieczenia pozwalające na jednorazową opłatę 200-300zł, które dają nam to samo. Decyzję co do opłacalności pozostawiam wam.
  3. Co tak naprawdę dostajemy? Widziałem polisy, które pozwalały na to, by sprzęt podłożyć pod krowę z biegunką i mimo wszystko koszta napraw zostaną pokryte. Widziałem polisy, które pozwalały na to, by sprzęt mógł się uszkodzić tylko w parzyste dni miesiąca i tylko pod warunkiem, że dzień miesiąca będzie podzielny przez 7, a dzień nie będzie zawierać litery “R”. No dobra, takich  nie widzialem, ale przewinęły się umowy tak najeżone żargonem prawniczym i sprzecznymi sobie postanowieniami, że nie wiem jakie kwalifikacje należy mieć, by się przez nie przegryźć i nie zrobić sobie krzywdy. Im bardziej skomplikowana umowa, tym gorzej dla nas.
    Jeśli okaże się, że ubezpieczenie obejmuje zalanie, pożar, ale nie obejmuje kradzieży, to o tym też musimy wiedzieć. Niech nas nie zwiedzie ujmujący uśmiech sprzedawcy. Jeśli na przykład kradzież nie jest objęta ubezpieczeniem, to żebyśmy nie wiem jak się starali – ubezpieczyciel będzie nieugięty jak Kasprowy. Patrz co podpisujesz! 
  4. Ile sprzedający wie na temat produktu, którym handluje. W idealnym świecie, sprzedawca wie na wyrywki i wspak wszystko na temat produktu, jakim jest polisa. Jeśli o mnie chodzi, to nie ma najmniejszej szansy, by zagiąć mnie na czymkolwiek, bo nawet jeśli czegoś nie wiem do końca, to wiem kto wie, żeby informacji zasięgnąć. Jeśli sprzedawca nie informuje cię z dobrego serca, jak zwykłem robić, choćby na temat haczyków jakie na ciebie, kliencie, czekają, to warto się zastanowić, czy rzeczywiście oferta jest dla nas korzystna. Oczywiście nie zawsze niewiedza sprzedającego wynika z jego złych zamiarów. Czasem po prostu trafisz na żółtodzioba, na okresie próbnym. Daj szansę, bo w końcu każdy się uczy, ale uważaj.
  5. Kto się ma czym zajmować, jak już dojdzie do nieszczęścia. Zaskakująco, moim zdaniem, najlepsze są oferty, które nie wymagają udziału sklepu w całym procesie ubezpieczeniowym. Raz, że w przypadku niezwykle pechowej kolizji drogowej nie idziesz człowieku do salonu, w którym auto kupiłeś, tylko do ubezpieczyciela, to dwa, najczęściej okazuje się, że dzięki udziałowi sklepu w całym procesie, całość, wydłuża się niemiłosiernie, bo pośredników kilkunastu, a tak człowiek miałby z głowy.

Ogólnie, moim zdaniem ubezpieczenie mieć warto. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie są to małe pieniądze, ale stosunek korzyści do wydatków może się okazać zbawienny w przypadku komputera za kilka tysiecy złotych, które nasza pociecha napoiła herbatą, albo wujek Stiopa z Władywostoku przewrócił sie przypadkiem i rozwalił coś, na czym nam bardzo zależalo. Nie mówię, że nie należy uważać, po to jest ten chaotyczny poradnik, ale myślę, że warto rozważyć wszelkie ewentualności.

 

jak zgłosić sprzęt w ubezpieczalni?