Słowniczek Sprzedawcy – Klient “a sp**laj Pan”

Wiedziony inspiracją ze strony moich jedynych w swoim rodzaju klientów jestem zmuszony dopisać kolejną grupę klientów. Takich, którzy potrafią sprawić, że Dalajlama, człowiek wybitnie spokojny i łagodny, będzie przypominał krewkiego jegomościa, marzącego tylko o tym, by komuś pięściami po gębie nakłaść. To ten typ klienta, do którego nie masz cierpliwości, nieważne jak bardzo się zapierasz.

Klient, o którym mowa dzisiaj, to faja pierwszej wody i człon koronowany. Nie zdarzają się całe szczęście tacy za często, bo prawdopodobnie niżej podpisany zszedłby na wylew już jakiś czas temu. Całe szczęście, to tacy ludzie, którzy nie dzielą się na kategorie. Nie ma podziałów ze względu na płeć, wiek, czy stan portfela. To trochę jak najbardziej znienawidzony germanista w szkole. Albo sąsiad z bloku, który jako jedyne hobby ma wiercenie dziur w ścianach, mimo, że zdrowy rozsądek nakazuje zastanowienie, czy koleś w ogóle ma w domu tyle ścian. To człowiek, który przynosi komputer do sklepu PO DWÓCH LATACH użytkowania, fakt, bez kilku tygodni, i chce go oddać, domagając się zwrotu pieniędzy, bo towar jest niezgodny z umową, bo – i tutaj jakaś pierdoła, która przez dwa lata mu nie przeszkadzała, a teraz przeszkadza. To taka “glizda”, oddająca ten sam badziewny tablet, kupiony za równowartość dwóch wiader z KaeFCe, bo najnowsze aplikacje nie działają na sprzęcie sprzed niemal dwóch lat. Wszyscy takich znacie.

Najzabawniejsze, z perspektywy czasu, w kontaktach z nimi jest to, że nie zdają sobie sprawy ze swojego haniebnie nieodpowiedniego zachowania. Fakt, w wielu przypadkach są na tzw. Prawie, bo ustawa jest napisana tak a nie inaczej, za co idiotów nad nią głosujących powinno się w smole i pierzu otoczyć, a potem puścić z gołą dupą po rynku, ALE… Czy w naszym pięknym kraju ten przysłowiowy Janusz zawsze musi bezceremonialnie łeb podnosić? Czy za każdym razem sprzedawca, mający, tak jak ja, guzik do powiedzenia musi dostać mięsem rozmaitem? Nie policzę ileż to razy zostałem zwyzywany, w mniej lub bardziej elokwentny sposób, kiedy delikatnie i profesjonalnie zwróciłem klientowi uwagę, że jednak psia krew nie ma racji. Nie policzę ile razy smutna P**da kazała mi się uczyć rozmawiania z klientem zaraz po tym, jak wykazałem, że nie należy się zwrot pieniędzy za uszkodzenie wynikające bez śladu wątpienia, z winy użytkownika.

Zwykłem powtarzać, że nawet jak do obory wchodzę, to czapkę zdejmuję, bo nawet trzoda zajmująca się swoimi sprawami, na jakiś szacunek zasługuje, a tu czasem wychodzi na to, że moi niektórzy klienci z obory nigdy nie wyszli.

Jasno i dobitnie – nie generalizuję, nie mówię, że wszyscy są źli. Wy, dobrzy klienci, którzy potraficie się zachować, już wy wiecie o kim mówię.

Jedynie szczątki kultury osobistej i profesjonalizm nie pozwalają mi na zwykłe i przaśne ryknięcie zza lady “A sp***laj Pan…”. Może to i lepiej. Wtedy nie różniłbym się od klienta – człona.

Stopień zjadliwości: apacz4

W dobie obecnych zajść na arenie politycznej, klientom, którzy pasują do tej kategorii, jak i miłościwie (?) panującym dedykuję ten oto wiersz, autorstwa Wojciecha Młynarskiego.

Dzięki tym, którzy doczytali do końca. Jak się podobało – udostępnij, niech się inni też pośmieją.

INNI PACJENCI W RAMACH SŁOWNICZKA SPRZEDAWCY:
Żona
papuga
cwaniak