Słowniczek Sprzedawcy – Klient czasoprzestrzenny.

Kilka tygodni temu światło poranka ujrzała najnowsza seria serialu Star Trek. A wraz z nią uaktywnili się fani. Niektórzy z nich niestety mają poważne problemy z rozróżnieniem rzeczywistości, smętnej i ponurej jak dzisiejsza pogoda, od optymistycznej wizji świata, gdzie gorąca herbata, zawsze idealna i dosłodzona tak jak lubi wychodzi ze ściany, a wycieczka z Wąchocka do Sewastopola, to kwestia kilku sekund. Klient, który nie rozumie, że czasoprzestrzeń to nie taka prosta do zagięcia sprawa.

Poniższy tekst należy czytać przy akompaniamencie muzyczki znajdującej się TUTAJ.

Klient czasoprzestrzenny, bo tak go dla dobra dyskusji nazwiemy, to stworzenie zagubione. Podróżnik w czasie, albo przynajmniej kosmita. Jako przedstawiciel cywilizacji o wiele bardziej rozwiniętej niż nasz, musi czuć się u nas nieswojo. Bez mrugnięcia okiem można porównać to do wysłania milenialsa w epokę kamienia gładzonego, albo, żeby było łatwiej, wczesne średniowiecze. Technologia, która wydawała się być czymś, bez czego egzystować się nie da tutaj jest równie rozpowszechniona, co czytelnictwo w XII wieku. Nie da się, ALE…
Ale nasz bohater się nie poddaje. Tęskni za swoimi czasami tak bardzo, że z dostępnych części poskładał sobie rudymentarne zdobycze technologii przyszłości.

DEFLEKTOR

Inaczej tarcza energetyczna, mająca za zadanie odbić wszelkie ataki bronią laserową i plazmową. Ej, nikt przecież nie mówił, że w kosmosie jest lekko, łatwo i przyjemnie, prawda? Czasem trzeba się bronić przecież. No i nasz klient, wykorzystując całą wiedzę jaką posiadał, sobie coś takiego zbudował. Niestety, z racji beznadziejnie zacofanych materiałów będących w jego zasięgu, skończyło się na tym, że na razie jedyne co się od niego odbija, to zdrowy rozsądek i logiczne argumenty. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

REPULSOR

Znany również z serii Iron Man. Urządzenie emitujące promień, który ma za zadanie przesunąć, odepchnąć przedmiot, a nie go zniszczyć. Technologia zacna i w momencie, kiedy ku naszej pięknej, niebieskiej planecie pędzi Armageddon w postaci meteoru, wystarczy teoretyczne „bziuummm” i problem znika jak pieniądze ze Skoków. Po raz kolejny, winne materiały. Zbudował, zamontował i uskutecznia, ale jedyne co jest w stanie odepchnąć, to jakiekolwiek przejawy sympatii w swoją stronę, nawet z mojej strony, a ja naprawdę „z kamienia sok wycisnę”.

Czego się biedakowi nie udało zbudować? Nie wyszedł mu replikator. Jak na razie dzielnie próbują mu dorównać prymitywne, z punktu widzenia Klienta czasoprzestrzennego, drukarki 3D. Nie da się. Nie może sobie swoich nowych nabytków po prostu zażądać. Musi je bidula kupić. No i tu się zaczyna największy problem. Nie dociera do niego, że podobnie jak wycieczka z Wąchocka do Sewastopola nie może odbyć się w kilka sekund, tak samo nie da się sprowadzić towaru, którego nie ma w sklepie. Najczęściej to wina opisanego wcześniej deflektora.

Przykład? A proszę bardzo.

Wziął był i sobie klient przez internet kupił telefon. Zamówienie złożył, dane podał, regulamin olał, bo to przecież normalne i czeka na paczkę. Cały kwadrans czeka na paczkę, a paczki nie ma. Czeka pół godziny i nic! Skandal! Łapie wtedy za komunikator w formie telefonu komórkowego (przestarzała to zapewne dla niego technologia) i dzwoni do salonu, który wybrał jako punkt odbioru sprzętu. Rzecz jasna oburzony, z mordą wielką jak Rów Mariański, dlaczego jeszcze nie ma, a miało być. Z rozmowy, którą z człowiekiem odbyłem wtedy wynikło, że Panu nie przyszło do głowy, żeby przed zakupem zadzwonić do sklepu z zapytaniem o dostępność towaru. Jakby zadzwonił, to by wiedział. Widocznie nie musiał. Nie pozdrawiamy Pana.

Inna sytuacja, choć tak bardzo podobna miała miejsce w dniu wczorajszym. Zamówił sobie jegomość przez internet TEN telefon. Maszyna niegłupia, wcale nie tania. Musiała być taka, by nie odstawać aż tak bardzo od stopnia technologii, do którego przywykł klient. No i klient przyszedł. Sporych gabarytów klient. Prawie 2 metry chłopa, wyrośnięty jak nastoletni Klingon, z mamą przyszedł. No i się okazało, że z racji tego nieszczęsnego zepsutego teleportera, zamówionego towaru nie ma. Do Pana nie docierało dlaczego nie ma. On przecież maila dostał, że zamówienie zrealizowane, bo chciał odebrać. Logicznie, niczym Spock, bez emocji i zaogniania sytuacji, bo widziałem na twarzy Pana, że targają nim turbulencje emocji, wytłumaczyłem, że telefon musi pokonać jakieś 300 kilometrów zanim będzie do odebrania. To wymaga czasu. Nie jest to dystans tak wielki jak do Sewastopola, ale jednak. Przeskoczyć się pewnych rzeczy nie da. No i się skończyło tym, że dwumetrowy dryblas rozpłakał się, mimo posiadania lat, tak na oko, dwudziestu. A jak Klingon płacze, to musi być okoliczność.

W POPRZEDNICH ODCINKACH:
PUDERNICA
PAPUGA
PREZES